News:
www.slawek.de - Hello! The latest news: Welcome to my private page!

You will find here interesting travel reports and pictures, some information about South America and East Africa including my personal reports from my own trekking tours.
I will present you some budget and responsible tour operators in South America and Africa, which I work with.
Right now I live in Mainz and work in a big software company.

My last travels were treking in Kenya and Tansania, then visiting Egypt, travel through France, Spain and Portugal to EM 2004 and short visit to Sardinia.

I will publish here some interesting pictures
from my travels
and of course my travel reports

- END

www.slawek.info contact   |  sitemap   |  imprint   |  forum   |  newsletter   |  flights   |  1 & 1-Shop (German)   |  amazon.de   | 
English Version
Picture gallery ˇˇˇ  My travels ˇˇˇ  Learn German in Dresden ˇˇˇ  Visit Peru ˇˇˇ  DTV-Project (German) ˇˇˇ 
     
 
portrait
 
travel reports
 
adventure travel
 
picture gallery
 
partners
 
books
 
links
 
diary
 
etc
 
 
 
 
 
 

Waldemar Grabka - Travel Reports from the Peace Ride


ˇˇˇThe route of The Great Millenium Peace Ride by bicycleˇˇˇ


Waldemar Grabka - a friend of mine has got the 2nd prize of The Globetrotter of The Year 2000 Content in Poland. He went by bicycle from Poland to Japan, together with the other members of the Great Millenium Peace Ride.

This travel reports are currently available only in Polish

autor: Slawomir Platek

Ameryka Północna

W wyprawie bierze udział jeszcze jeden Polak - Sławek Płatek i to od samego początku, tj. już od ponad półtora roku. Sławek jeszcze w Afryce napisał dwa sprawozdania z wyprawy. To już odległe w czasie historie, ale opisują one początek tej wyprawy.

 

WITAM! 

Ameryka Północna 04.04.1999 

Postanowiłem po ośmiu miesiącach podróży napisać coś także w języku polskim. Litewscy koledzy w swoim kraju są znani, piszą ciągle do agencji prasowych, poza tym ich materiały filmowe ukazują się w telewizji litewskiej. Koledzy z Niemiec pisali również do gazet. Podczas podróży wiele artykułów ukazało się w Meksyku, Kolumbii, Peru, Argentynie, Ghanie i innych krajach. 

W Polsce praktycznie nikt nic nie wie o GMPR poza niewielkim gronem osób. Chciałbym rozpocząć wszystko od początku. Idea rajdu zrodziła się w 1993 r. w Atenach podczas międzynarodowego spotkania rowerzystów. W 1994 r. powstała w Stanach Zjednoczonych organizacja non-profit "The Great Millenium Peace Ride" (Wielki Milenijny Rajd Pokoju), która, nawiązując kontakty z organizacjami i pojedynczymi osobami z różnych stron świata, zaczęła tworzyć siatkę koordynatorów Rajdu w poszczególnych krajach i regionach. Pierwotnym założeniem było stworzenie pięciusetosobowej grupy rowerzystów, po trzy osoby z każdego kraju, i zapewnienie poprzez międzynarodowy sponsoring środków finansowych na pokrycie kosztów całego przedsięwzięcia. W międzyczasie okazało się, że uczestnicy muszą sami zdobyć środki finansowe w kraju, który reprezentują.  

 W Polsce organizacja się zawaliła, nie wiedziałem, czy wezmę udział w tym rajdzie. Nie udało mi się znaleźć sponsorów . Nie miałem dość dobrego roweru, sprzętu, ubezpieczenia na tak długą i zarazem niebezpieczną drogę. Nie miałem niczego.   Rajd wyruszył 6 sierpnia 1998 r. z Seattle w Stanach Zjednoczonych, w rocznicę zrzucenia bomby atomowej na Hiroszimę. Koniec planowany jest na 1 stycznia 2000 r. w Hiroszimie.

Początkowo nasza trasa przebiegała przez Północną Amerykę, dalej przez Amerykę Środkową i Południową. Teraz podróżujemy przez Afrykę Zachodnią, następnie będzie Europa, Bliski Wschód i Azja. Z Wilna otrzymałem od międzynarodowego koordynatora dokumenty, m.in. list z UNESCO z Paryża, które pomogły mi otrzymać wizę do Stanów Zjednoczonych, a także do Meksyku i Gwatemali. Martwiłem się, jak tu dotrzeć do Seatlle, ponieważ nie miałem pieniędzy na przelot. Ale dzięki pomocy koleżanki udało mi się znaleźć bilet za około 1300 zł oraz potrzebną sumę. Z Warszawy wyleciałem 7 sierpnia 1998 r. Jedna noc w Londynie i dalej następnego dnia kontynuacja podróży do Seattle. W Seattle nikt na mnie nie czekał na lotnisku, byłem trochę tym zmartwiony - daleko od domu. Czekałem ok. 6 może 7 godzin i nikt nie przyjeżdżał. Wieczorem przyjechałem taksówką pod wskazany adres. Nie zastałem właściwej osoby, a mój angielski nie pozwalał na to, żeby się dobrze porozumieć. Pierwsza noc w sumie była nieciekawa i dość droga jak dla mnie - 40 $ za taksówkę, 20 $ za nocleg w międzynarodowym schronisku. Przylatując do Seattle, miałem ze sobą może 300 $. Z ewentualnej pomocy sponsorów, obiecywanej mi przez międzynarodowego koordynatora, nic nie wyszło.   W Seatlle pomógł mi polski student Przemek Pardyak. 

Po kilku dniach pobytu pod podanym adresem dołączyłem do grupy w stanie Oregon. Podczas podróży przez zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych nocowaliśmy w parkach stanowych. Było nas 10 osób, tak że nocleg w parkach dla nas nie był tak kosztowny - około 1,5 $ na osobę. W większości parków były dość dobre warunki, z możliwością umycia się w gorącej wodzie. Jedzenie mieliśmy wspólne, tzn. każdego dnia rano i wieczorem trzyosobowa zmiana, którą zmienialiśmy codziennie, przygotowywała posiłki. Dziennie w USA robiliśmy ok. 100 km (dokładne informacje http://www.peaceride.org). Wspaniałe krajobrazy, klimat podobny jak w Polsce latem i gładkie asfaltowe drogi sprawiały, że podróżowało się przyjemnie. W Los Angeles i San Diego otrzymałem pomoc finansową od POLONII KALIFORNIJSKIEJ i dzięki temu mogłem kontynuować podróż do Argentyny. W USA przebywałem od 8 sierpnia do 5 września 1998 r. Z ważniejszych miast odwiedziliśmy San Francisco ze słynnym mostem Golden Gate, Los Angeles, Hollywood, Beverly Hills. Podróżowaliśmy przez trzy stany - Washington, Oregon, California. Nasza grupa skladala sie z 5 osób z Litwy, 3 osób z Niemiec, 1 osoby z Turcji i 1 z Polski. W Meksyku podróżowało 9 osób. Jedna osoba z Litwy wróciła do Kanady, by kontynuować studia.  

 W Meksyku mieliśmy trochę problemów na tzw. wewnętrznej granicy w stanie Sonora. Zażądano od nas tzw. "Car permision". Postanowiliśmy nie płacić żadnych pieniędzy, wróciliśmy do Stanów Zjednoczonych i inną drogą, poprzez stan Arizona powróciliśmy do Meksyku, gdzie legalnie bez żadnych problemów otrzymaliśmy potrzebne dokumenty. W Meksyku podróżowaliśmy według programu przygotowanego przez tamtejszych koordynatorów. W Hermosillo dołączyła do nas meksykańska koordynatorka. Każdego dnia wstawaliśmy ok. czwartej rano i ok. piątej rozpoczynaliśmy podróż na rowerach z obstawą policji - tak było we wszystkie dni podróży rowerowej. Miejsca noclegowe przygotowano w szkołach, hotelach, obiektach sportowych, czasami także otrzymywaliśmy jedzenie. Odbywały się spotkania w szkołach z młodzieżą, z prasą, radiem i telewizją. W Meksyku mieliśmy ciężkie życie, bo wymagano od nas punktualnego przybycia na miejsce spotkania, a nie zawsze się to udawało i nasz koordynator był na nas czasami zdenerwowany. W moim rowerze pękła rama, ale na szczęście została dość dobrze zespawana za ok. 5 $. Ja podróżuję na rowerze Universal firmy "ROMET", wyprodukowanym w 1976 r., wiec po tylu latach ta rama miała prawo pęknąć. Moi koledzy mają dość dobre i drogie rowery; niestety, mnie nie było stać na zakup odpowiedniego roweru na tę wyprawę. Jakoś ten mój rower się sprawuje pomimo swojego wieku. W Meksyku odwiedziliśmy takie większe miasta, jak Tijuana, Hermosillo (gdzie temperatura dochodziła do 42oC), Culiacan, Mazatlan, Guadalajara, Morelia, dwudziestomilionowy Meksyk, Puebla, Tehuacan, Oaxaca, Tehuantepec, Tuxtla Gutierrez. 

Z jedzeniem nie było zbytnich problemów. Można było kupić różnego rodzaju owoce, niedrogo także pieczywo i warzywa. Przebywaliśmy tam miesiąc (do 4 października), przejechaliśmy na rowerach i innymi środkami transportu ok. 4000 km. W Meksyku rozstał się z nami jeden kolega z Niemiec.   W Gwatemali spędziliśmy tylko 8 dni. W mieście Solola dołączyło do nas jeszcze dwóch Meksykanów. Odwiedziliśmy malowniczo położone jezioro w górach. W mieście Gwatemala jeden z kolegów z ekipy litewskiej musiał zostać dłuższy czas w szpitalu z powodu operacji oka. W Salwadorze spędziliśmy pięć dni. Jest to biedny kraj - podróżując, mogliśmy zobaczyć, jak ludzie żyją w chatach z gliny przykrytych słomą, sprzedając banany, arbuzy i inne owoce tropikalne. Podróżowaliśmy brzegiem Oceanu Spokojnego wśród malowniczych widoków. Było cicho i spokojnie, w ogóle nie widzieliśmy turystów. Odwiedziliśmy stolicę San Salwador. Tam uzyskaliśmy wizy do Hondurasu, w którym byliśmy tylko trzy dni. Zwiedziliśmy stolicę Tegucigalpe, w której spotkała nas niemiła przygoda - w pozostawionym bez opieki naszym samochodzie z amerykańską tablicą rejestracyjną wybito szybę w drzwiach, za którą musieliśmy zapłacić ok. 120 $. 

W całej Ameryce Środkowej życie musieliśmy sobie organizować sami. Trzy razy nocowaliśmy w szkołach i raz w kościele Adwentystów Dnia Siódmego. W Nikaragui spędziliśmy deszczowy tydzień. Tam rozstał się z nami jeden Meksykańczyk. W Kostaryce spędziliśmy osiem dni, nocując przy kościołach. W stolicy, San Jose, musieliśmy czekać kilka dni, ponieważ koledzy z Litwy potrzebowali wiz do Panamy, a których to wiz nie chciała wydać ambasada. Musieliśmy przeprowadzić mały protest przed ambasada, po którym Litwini otrzymali wizy.   W Panamie przebywaliśmy ponad dwa tygodnie. W mieście David dołączył rowerzysta ze Szwecji i podróżował z nami kilka dni do miasta Panama. Tutaj mieliśmy problem z przedostaniem się do Kolumbii. Przy Kanale Panamskim w sektorze amerykańskim spędziliśmy ok. 2 tygodni, oczekując na statek. Mogłem zauważyć kolosalną różnicę pomiędzy sektorem USA a resztą miasta Panamy. W amerykańskim sektorze czysto, wszystko jest zadbane jak w USA, a poza tym sektorem ludzie żyją - nie wszyscy, ale w większości - jak w śmietniku. To zjawisko można było zresztą zauważyć w całej Ameryce Środkowej. Bogaci, którzy przeważnie żyją w stolicach, odgrodzeni są luksusem od biednych, których jest większość. Można było zauważyć ludzi mieszkających na ulicach, ludzi, którzy żebrzą lub podchodzą do samochodów, próbując coś sprzedać.  

 W mieście Colon w Panamie zapakowaliśmy nasz samochód do kontenera i statkiem wysłaliśmy go do Kartageny w Kolumbii, a sami szukaliśmy dla nas innego transportu. Z powrotem wróciliśmy autobusem do miasta Panama, skąd polecieliśmy małym samolotem do małego miasteczka (a może raczej wsi) nad Oceanem Atlantyckim, gdzie wypełniliśmy formalności paszportowe, i dalej popłynęliśmy małą łódką do Kolumbii po oceanie o zielonym odcieniu w piękny słoneczny dzień, obserwując malownicze krajobrazy. Ze wsi już w Kolumbii musieliśmy wziąć inną łódkę, by dopłynąć do miasta Turbo. Wyruszyliśmy późnym popołudniem z naszymi rowerami i bagażami. Zrobiło się ciemno, na niebie pojawiły się błyskawice i zaczął padać deszcz. Nasi przewodnicy stracili orientację, ale później wszystko wróciło do normy. Podróżowaliśmy w sumie ok. 5 godzin. Z Turbo podróżowaliśmy do Medellin autobusem poprzez górzyste i niebezpieczne drogi ok.15 godzin. Dotarliśmy do Medellin - sławnego miasta słynącego z kartelu narkotykowego. Pierwszą noc spaliśmy w parku przy osiedlu mieszkaniowym. Miejsce to pokazał nam jeden tamtejszy Litwin. Rankiem zaprosiła nas do domu na herbatę przejeżdżająca obok studentka. W Medellin spędziliśmy kilka dni, mieszkając u rodziny litewskiej. Później podróżowaliśmy po górzystych, bogatych w roślinność terenach pociętych wieloma rzekami. 

W Kolumbii spędziliśmy więcej niż dwa tygodnie. Przez Ekwador pędziliśmy, ażeby zdążyć na 8 grudnia do Peru. W stolicy, Quito, zatrzymaliśmy się, abym mógł otrzymać wizę do Peru. W Ekwadorze podróżowaliśmy bardzo złymi drogami przez góry. Nasz samochód, chrysler voyager plymouth z niskim zawieszeniem, nie był najlepszy na te drogi. Zaczął się psuć, dlatego nazwalismy go "Challenger". Do granicy Peru dotarliśmy w porę, jadąc dniem i nocą. Musieliśmy dotrzeć tam na czas, gdyż był przygotowany program pobytu. Na granicy zostaliśmy przywitani przez koordynatorkę, przedstawicieli sportu, władz i policji. W Peru mieliśmy spotkania z młodzieżą w szkołach, z prasą, radiem i telewizją, przygotowano dla nas miejsca noclegowe i czasami także jedzenie. W Peru ukradli mi aparat Zenit i to, co ciekawe, na spotkaniu z dziećmi. W tym kraju podróżowaliśmy po zróżnicowanym terenie - przez pustynię, ale też przez wysokie góry (ok. 5000 m). W stolicy Peru, Limie, przyłączyła się do nas rowerowa grupa "Cyklo vida", która kontynuowała z nami podróż aż do granicy z Chile. W mieście Puno dołączyły do nas trzy osoby, w tym jedna z Holandii, i one również jechali z nami do chilijskiej granicy. Mieliśmy możliwość odwiedzić Cusco i zagubione miasto Inków Machupicchu wysoko w górach, z którego rozciągają się wspaniale widoki.   W Limie mieliśmy wiele problemów z naszym Challengerem - rozsypała się skrzynia biegów i jej naprawa sporo nas kosztowała. Jedliśmy w tanich przydomowych restauracjach, w których przyrządzano jedzenie w nie najlepszych warunkach sanitarnych. To było przyczyną moich problemów żąłądkowych. Sylwester i Nowy Rok spędziliśmy w małym peruwiańskim miasteczku Tarata.   

Chile 
 
Dotarliśmy do Ariki, gdzie znów nam się popsuł samochód i znowu naprawa. Reszta grupy kontynuowała trasę, a ja i trzy osoby zostały przy samochodzie. Było to dla nas obciążeniem, ponieważ wszystkie rzeczy mieliśmy w samochodzie. Od Ariki w kierunku południowym na obszarze 2000 km rozpościera się pustynia Atakama. Kolejna awaria samochodu zatrzymała nas na kilka dni w Iquique. Chile przypomina trochę kraje europejskie. Niedaleko Santiago rozciągqają się tereny zielone. W Santiago nocowaliśmy na stadionie narodowym. Stamtąd wyruszyliśmy do Los Andes, w stronę granicy z Argentyną. Ceny w Chile były wyższe niż w Peru.  

Argentyna  
 Granicę przekraczaliśmy w tunelu wysoko w górach. Droga do Mendozy wiodła wśród wspaniałych górskich krajobrazów. Kilka kilometrów przed Mendozą zdarzył się wypadek - dwóch kolegów zostało potrąconych przez samochód, w wyniku czego odwieziono ich do szpitala. Na szczęście nic poważnego nie zagrażało ich zdrowiu lub życiu. Kolega z Peru tego samego dnia wieczorem wyszedł ze szpitala, a kolega z Argentyny nazajutrz. Dalej kontynuowaliśmy podróż do Buenos Aires po równinach. Od Mercedes do Buenos Aires podróżowaliśmy znowu na rowerach ponad 600 km. W trakcie całej drogi nocowaliśmy w budynkach straży pożarnej - mogliśmy się umyć czy zagrzać sobie wodę na herbatę. Udzielaliśmy także wywiadów prasowych i telewizyjnych. Ostatnie 70 km podróżowaliśmy pociągiem. Pierwszą noc w Buenos Aires spędziliśmy na trawniku na jednym z osiedli, ale na szczęście było spokojnie. W Buenos Aires kupiłem sobie namiot igloo za ok. 40 $ karimatę za ok.12 $ (poprzednią skradziono mi na granicy meksykańsko-gwatemalskiej). Argentyna była najdroższym krajem w Ameryce Południowej, ale za to można było wszystko kupić jak w Polsce. Nieźle się odżywialiśmy, co było dla nas dobrym przygotowaniem na Afrykę. Najtańszy bilet lotniczy, jaki udało nam się znaleźć do Ghany, kosztował 959 $ po jeszcze małej zniżce specjalnie dla nas. W Buenos Aires nie ma ambasady Ghany, musieliśmy starać się o wizę w Ambasadzie Brytyjskiej - każdy musiał zapłacić 36 $.  

Ghana  
 Z Buenos Aires via Rio de Janeiro przylecieliśmy do Zurychu, gdzie po 6 godzinach wolnego weszliśmy na pokład samolotu do Akry w Ghanie z międzylądowaniem w nigeryjskim Lagos. W ciągu dwóch dni mieliśmy możliwość być na trzech kontynentach. W Akrze przywitał nas kolejny koordynator z przyjaciółmi. Odwiedziliśmy ministerstwa sportu i spraw zagranicznych, byliśmy również w siedzibie UNESCO. W Ameryce wołano na nas "GRINGO", a w Ghanie "WHITE MAN". Ten kraj może nie jest tak drogi jak Argentyna, ale nie ma zbytniego wyboru - wszystko jest importowane, jedynie owoce tropikalne były krajowe. Odwiedziliśmy takie miasta, jak Tacoradi, Esiama, Elubo. W Ghanie rośnie mnóstwo palm kokosowych - można było dość tanio kupić sok i miąższ kokosowy. Również dość tanie były banany, pomarańcze i ananasy. W Akrze uzyskaliśmy wizy do Wybrzeża Kości Słoniowej oraz do Gwinei. W Wybrzeżu Kości Słoniowej mieliśmy problem, gdyż nikt w grupie nie mówił po francusku, ale cóż było robić, podróżowaliśmy dalej. Tak jak i w Ghanie, i tutaj również pełno palm kokosowych, ale są też plantacje innych rodzajów palm, a także ananasów. W Abidżanie zatrzymaliśmy się na stadionie narodowym leżącym w centrum miasta. Abidżan w przeciwieństwie do Akry ma wygląd europejski. Pełno wysokich wieżowców pokrytych szkłem jak nasz hotel Marriott w Warszawie, tyle że jeszcze jest problem np. z pobraniem pieniędzy z bankomatu (ja miałem ten problem). W Abidżanie musieliśmy wyrobić wizy do Senegalu, tak że ja zostalem, a cała grupa postanowiła kontynuować podróż. W tym czasie zachorowałem na malarię, ale zaopiekowali się mną przyjaciele adwentyści. Otrzymałem również dużą pomoc od AMBASADY RP w Abidżanie. Później, jak się dowiedziałem z rozmowy z jednym z kolegów, na trasie zachorowało na malarię kolejne trzy osoby z grupy. Dwóm kolegom Niemcowi i Meksykaninowi zostały ukradzione rowery i nie mogli kontynuować podróży, a kolega z Turcji zrezygnował z dalszej trasy. Dalszą podróż kontynuuje tylko pięć osób, tzn. ja, kolega z Peru i trzy osoby z Litwy.   

Gwinea  
 Tutaj jeszcze pięćdziesiąt kilometrów przed granicą rozpoczęła się droga ziemna. Ale można było podziwiać proste życie tamtejszych ludzi, żyjących w glinianych chatach przykrytych trzciną lub zeschniętą wysoką trawą. Dookoła mnóstwo różnorodnych drzew, trochę jak w dżungli. Po jakichś stu kilkudziesięciu kilometrach zaczęła się droga asfaltowa. W Ghanie jest problem z elektrycznością. Z wodą nie ma problemu - w prawie każdej wiosce można znaleźć pompę głębinową, tak że woda jest dość dobrej jakości. Codziennie praktycznie jemy ryż z sosem i chlebem i popijamy wodą, jemy owoce takie, jak banany pomarańcze i mango, które tutaj są bardzo tanie. Południową część Gwinei zamieszkują chrześcijanie i przedstawiciele innych religii, im dalej na północ, tym więcej muzułmanów, którzy nie lubią, gdy się ich fotografuje. Droga asfaltowa kończy się przed granicą z Senegalem. 250-kilometrową trasę z Labe do Kundara przejechaliśmy na rowerach, pokonując ok. 60 km dziennie bardzo złą drogą w miejscami górzystym terenie. Czasami trzeba było zasłaniać twarz, ponieważ po przejeżdżających samochodach zostawały tumany kurzu, no i było dość gorąco. Na przedostatnim odcinku trasy nocowaliśmy na pustkowiu. Wyczerpały się nasze rezerwy wody i z trudnością w upale w środku dnia dotarliśmy do wioski, aby zaczerpnąć wody. 

Z Kundara w Gwinei wzięliśmy transport do Tamba-Counda w Senegalu - pierwszy odcinek (ok. 100 km) drogi ziemnej był w złym stanie. W Tamba-Counda czekaliśmy na pociąg towarowy do Dakaru oddalonego o około 500 km. Powiedziano nam, że odjazd pociągu planowany jest o czwartej po południu - w rezultacie pociąg ruszył o piątej nad ranem i podróżowaliśmy ok. 26 godzin z postojami, tyle że za darmo. W Dakarze zatrzymaliśmy się na kilka dni przy misji Adwentystów Dnia Siódmego. Uzyskaliśmy wizy do Maroka i w środę, tj. 07.04.1999 r. planujemy ruszyć na północ do granicy z Mauretanią i dalej do stolicy. To, co pamiętałem, napisałem może w nie najlepszej formie składniowej, ale chciałem, aby również coś w języku polskim było na naszej stronie internetowej. Większość materiałów jest w języku angielskim, jest list w języku niemieckim, a teraz będzie również także materiał w języku hiszpańskim i polskim. Chcę podziękować wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że mogę brać udział w tym rajdzie: ks. Edwardowi Mroczyńskiemu i parafianom z Los Angeles, CA, USA, ks. Stanisławowi Kowalskiemu i parafianom z San Diego, CA, USA, przyjaciołom z Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego. Szczególnie chcę podziękować mojej Mamie, braciom i rodzinie, którzy szczególnie troszczą się o to, abym mógł dalej kontynuować ten rajd.

 

Sławomir Płatek

back  next

Pictures from Dresden (© S.Höhnel)

  Picture Gallery
  Kilimanjaro
  Machu Picchu
  Iguassu Waterfalls
  Rio de Janeiro
  Zanzibar
  Heidelberg
  The Massai
  African Wildlife